Arrival / Nowy początek / dystr. United International Pictures

10

Nieco bardziej zaprawieni w bojach kinomani uwielbiają perorować o tym, jak to niedzielnego widza łatwo oszukać na ekranie. Przecież wystarczy odpowiednia muzyka, delikatne rozmycie obrazu i one-linery, takie wiecie, o życiu, śmierci, pasji i miłości. I o tym, że się protagonista nie podda, bo trzeba o coś walczyć! Gospodynie ocierają łzy, dziewoje wtulają się w ramię swoich dzielnie powstrzymujących drżenie warg chłopców, wszyscy rozmyślają nad sensem tego i tamtego. Napisy! Ah co to był za film!

Prawdziwy miłośnik ambitnego kina, który w telewizji ogląda tylko TVP Kultura, ma karnet w najbliższym studyjniaku, a czasem nawet odwiedzi jakiś festiwal, generalnie gardzi takimi prostackimi zabiegami. Prawdziwy miłośnik ambitnego kina widział to wszystko tyle razy, że pseudo-emocjonalne sceny zbywa pogardliwym uśmieszkiem. Prawdziwy miłośnik ambitnego kina nie czuje nic, kiedy widzi na ekranie cierpiące dzieci, albo co gorsza zwierzątka. Prawdziwy miłośnik kina często daje się złapać na zabiegi równie proste w swojej konstrukcji co te, którymi gardzi. Sprawa rozbija się tylko o nieco inny dobór elementów składowych, czy ich wyważenie.

Arrival / Nowy początek / dystr. United International Pictures

Do powyższego, a także poniższego (lojalnie ostrzegam) wyzłośliwiania się skłonił mnie odbiór filmu Nowy początek, najnowszego przedstawiciela ostatnimi czasy bardzo modnego gatunku, jakim jest ambitne s-f. Osobiście uważam ten gatunek, czy może podgatunek za konstrukt podwyższonego ryzyka. Z tego prostego powodu, że kiedy ponosi nas wyobraźnia, czasem ciężko w odpowiednich momentach wrócić do twardego stąpania po ziemi. Natomiast rzecz, która ma nieść ze sobą jakieś głębsze myśli, powinna być w tej twardości odpowiednio mocno osadzona. Mamy więc tutaj do czynienia z daleko posuniętą ekwilibrystyką twórców, która może przynieść opłakany efekt. Oczywiście nie musi. Jest przecież seria Black Mirror, która bodaj zapoczątkowała wspomnianą modę w ostatnich latach. Jest Her, tytuł niepopadający w banał nawet na chwilę, chociaż mógłby to robić w każdej minucie. Jest wreszcie wiele innych filmów, które potrafią podejść do tematu przyszłości, czy kontaktu z obcą rasą w sposób odpowiednio delikatny i wysmakowany.

Niestety mamy też Nowy początek Interstellar. Twórcy obu tych filmów próbują nas oszukać w niemal identyczny sposób. Sądząc po opiniach krążących po sieci, udało im się to całkiem nieźle. Patrząc na konstrukcję i odbiór filmów, wydaje się, że wystarczy tylko trzymać się przepisu, żeby wyjść na twórcę kina wizjonerskiego.

Bierzemy zatem kilka dość skomplikowanych problemów – na przykład teorii naukowych, fizycznych, filozoficznych, lingwistycznych – wybór należy do Ciebie drogi twórco - studiujemy je po łebkach, wyciągamy najbardziej medialne elementy i interpretujemy w najprostszy możliwy sposób. Następnie wrzucamy to wszystko w niezbyt skomplikowaną historię, a całość doprawiamy przesłodzonym dramatem zawiniętym w pseudofilozoficzne refleksje. Dlaczego to ma się udać? Bo widz, który nie posiada odpowiedniej, być może nawet akademickiej wiedzy, czy choćby wrodzonego krytycyzmu, nie będzie potrafił ocenić na ile dana teoria jest trafna i czy w ogóle została poważnie potraktowana przez twórców. Bo używanie trudnych do wytłumaczenia nazw w stylu Hipotezy Sapira-Whorfa, czy teorii strun samo w sobie buduje odpowiedni efekt. Wreszcie, bo trzymanie widza przez cały film w sosie takiego niby naukowego, niby filozoficznego bełkotu powoduje, że jest on smacznie ugotowany i przełknie bez większych problemów najbardziej trywialny finał. Przecież skoro twórcy bombardowali mnie tak poważnymi tematami przez 2h, to te końcowe gadki o miłości nie mogą być szytym grubymi nićmi banałem, prawda? To odświeżająca prostota, która spaja całą historię w całość, dając dokładnie tyle odpowiedzi, ile trzeba!

Interstellar

Interstellar to wydmuszka?

Interstellar to kino średniutkie na każdym etapie, z końcówką, która woła o pomstę do nieba. Jest nudnawy, bez polotu i momentami obrażał moją inteligencję emocjonalną. Nowy początek mnie zirytował. Głównie tym, że przez większość seansu był świetnie prowadzoną, trzymającą w napięciu historyjką o kosmitach, ze względu na główny problem, mocno odświeżającą ten temat w kinie. Niestety na koniec twórcy po pierwsze pokazali, że mają mnie za kompletnego idiotę, któremu główny twist fabularny trzeba powtórzyć kilka razy, żeby mieć pewność, że pojął ten genialny koncept. Po drugie przybrali to tłumaczenie w hallmarkowe szatki, kompletnie psując cały klimat, który wcale nieźle budowali przez 100 minut.

Oczywiście problem udawania, że film jest czymś więcej, to nie tylko problem kina s-f. Do dziś nie mogę zrozumieć świetnego przyjęcia Poradnika pozytywnego myślenia. Zabawne, że mimo tak odmiennej tematyki, w swojej konstrukcji film tak bardzo przypomina wyżej wspomniane tytuły. Znowu punktem wyjścia jest trudny temat (w tym wypadku choroba psychiczna), który ponownie jest potraktowany bardzo powierzchownie, by nie rzec banalnie i tak samo jak w przypadku Insterstellar Nowego początku w pewnym momencie dostajemy w twarz zestawem banałów, możliwych do przełknięcia chyba tylko, jeśli damy się uwieźć tym usypanym z piasku „ambitnym” fundamentom, które tutaj przybierają barwy lekko sundance'owego dramatu.

Poradnik pozytywnego myślenia

Poradnik pozytywnego myślenia

Trzy powyższe produkcje osiągają swój efekt stosunkowo subtelnie, przez co ich sukces specjalnie nie dziwi. W tym roku pojawił się natomiast film, którego twórcy ewidentnie popłynęli za bardzo, korzystając jednak z podobnego schematu. Myślę o Zanim się pojawiłeś. Reżyserka i scenarzystka, próbując udawać, że zależy im na rozebraniu na czynniki pierwsze poważnych problemów, jakimi są trwałe kalectwo i eutanazja, stworzyli koszmarek, którego oglądanie jest nie lada wyzwaniem. Mamy tutaj ten sam schemat, co w filmach powyżej, ale „przedobrzenie” na każdym etapie spowodowało, że bardzo wielu widzów nie dało się oszukać. Za mocno na pierwszy plan wysunięto wątek nieszczęśliwej miłości, która jest już przecież tematem zbyt banalnym, by podejść do niego z odpowiednią głębią. To właśnie owi miłośnicy ambitnego kina, którzy z pogardą patrzyli na ocierające łzy gospodynie domowe. Dobrze dla nich! Tylko, że sami dają się wielokrotnie uwieźć bardzo podobnym schematom. Ot tylko skrzętniej ukrytym, czy też ładniej podanym.

me-before-you-bee-tights

Oczywiście nie uważam, że ambitne kino nie istnieje. A jakże, ma się całkiem nieźle. Tylko, że jest bardzo ciężkie do tworzenia. Sama próba pochylenia się nad poważnymi problemami, bez uciekania do najprostszych zabiegów narracyjnych, jest w istocie chwalebna, ale nie stanowi wartości samej w sobie. Używanie skomplikowanych słów, odwoływanie się do klasycznej literatury, czy wielkich myślicieli nie zrobi za twórcę całej roboty. Można operować bardzo prostymi zabiegami narracyjnymi, czy stylistycznymi i stworzyć dzieło o ponadczasowej wartości. Można też wcisnąć do filmu, serialu, czy książki całą masę na pierwszy rzut oka ambitnych odniesień i zabiegów stylistycznych, które jednak będą tylko pustym popisem wątpliwej błyskotliwości. Coś jak licealista po lekturze kilku książek spoza kanonu myślący, że wie już mniej więcej wszystko o świecie. Wystarczy spędzić jeden dzień na jakimkolwiek festiwalu kina offowego, by przekonać się jak często twórcy i widzowie nie potrafią odróżnić prawdziwej wnikliwości i artyzmu od pseudointelektualnego bełkotu. Film, który chce udawać artystyczne wydarzenie jest dużo gorszy niż bezpretensjonalna rozrywka, która ma się dobrze zgrywać z popcornem, więc uważaj drogi widzu! Nie rób z siebie snoba, którego można oszukać równie łatwo, jak niedzielnego widza melodramatów.


  • Siri

    Zgadzam się. Plus Arrival to już kolejny film w karierze Villeneuve, który ma potencjał ale jakoś go nie wykorzystuje.

  • Marcin Zjała

    Fajny tekst.
    Tylko raz piszesz "Nowy początek" a raz "Nowy porządek"...

    • Aaa, faktycznie. Dzięki za spostrzegawczość. Już poprawione 😉

      • Po prostu Michał ma Pitbulla we krwi. 😀

  • piotr

    Częściowo mogę się zgodzić, ale jest to część bardzo mała.
    Po pierwsze: "pusty popis wątpliwej błyskotliwości" to wszystko, na co można w sztuce liczyć, jeśli chodzi o 'głębokie prawdy'. Wynika to bezpośrednio z tego, że rygor intelektualny nie jest w żadnej mierze charakterystyką działalności artystycznej (o ile za działalność artystyczną nie uznamy twórczego aspektu tworzenia matematyki/nauki, ale mniejsza 😉 ). Nie znalazłem też nigdy nikogo kto byłby mi w stanie wyjaśnić w operacyjnych terminach, jak odróżnić 'wnikliwość i artyzm' od 'pseudointelektualnego bełkotu' - poza wskazywaniem na różne rzeczy i nazywaniem ich bełkotliwymi, zupełnie według własnego widzimisię. To sugeruje, że cała ta operacja nazewnicza jest tylko próbą obiektywizacji wrażenia "dane dzieło sztuki nie przemówiło do mnie na poziomie intelektualnym".
    Zabawnie w tym kontekście brzmi na przykład wychwalanie "Black Mirror" jako mocno osadzonej w rzeczywistości. Wprawdzie jest to bardzo dobry serial, ale jest on jednym wielkim ćwiczeniem w uroczej hiperboli. W miarę osadzone w rzeczywistości to mogą być pojedyncze wizje futurystów, na których ten serial bazuje - ale jeśli choć trochę przeanalizuje się światy przedstawione, to zaczynają one rozpadać się w oczach.
    Po drugie: cała koncepcja 'pretensjonalności' jest skażona w zarodku, bo wymaga rozpatrywania tego, jakie były intencje twórcy dzieła sztuki, zamiast samego dzieła. Na przykład - nie wydaje mi się, że dałoby się uznać pretensjonalnym filmu, któremu nie przypisuje się posiadania przesłania. I tak - gdyby np. traktować "Black Mirror" na poważnie - to zamiast ciekawych lekko bezsensownych historii pobudzających do dyskusji o wpływie współczesnych technologii dostaje się kompletnie histeryczną produkcję, która dodatkowo odciąga uwagę wielu ludzi od różnych innych poważnych globalnych zagrożeń.
    Po trzecie: o nie, rzeczywiście, w finale była mowa o miłości, fu!... Nie wiem, czemu tak mocno ugruntowało się w kulturze przekonanie, że coś co jest banałem, jest bezwartościowe. Banalne (nawet niekoniecznie prawdziwe, niech będzie) teksty o miłości, życiu, Wszechświecie i całej reszcie są banalne właśnie dlatego, że ludzie często myślą podobnymi banalnymi schematami. A dzięki temu banały mają wielką moc pobudzania emocji odbiorców (cóż z tego, że sztucznych). I nie wiem, jak można nazwać bezwartościową sztukę, która potrafi np. wzruszyć kogoś do łez.
    Po czwarte: w "Nowym początku" nie było żadnego twistu fabularnego, ponieważ twórcy nie położyli ogromnego nacisku dramaturgicznego na jeden moment 'odkrycia wszystkich kart'. Po prostu do naszej wiedzy o świecie przedstawionym doszła dodatkowa informacja (której twórcy też jakoś strasznie nie skrywali). A jako że jest to informacja kluczowa dla funkcjonowania świata przedstawionego, to nie ma mowy o nachalnym eksponowaniu tej informacji - o po prostu przedstawianie naturalnego działania mechanizmu. (inna sprawa, że trochę ten mechanizm tu zepsuto względem opowiadania, bo bohaterka bardzo aktywnie z niego korzysta)
    Po piąte: zalew bełkotliwe brzmiącej terminologii nie jest, moim zdaniem, przynajmniej w przypadku niektórych produkcji, żadnym zabiegiem mającym na celu jakieś 'oszukanie' widza, tylko próbą oddania tego, jak naprawdę rozmawiają naukowcy. Jako członkowi tej grupy bardzo mi się takie coś podoba. (oczywiście, to nie jest tak, że np. fizycy teoretycy cały czas rozmawiają o fizyce teoretycznej - ale zauważyłem, że nawet kiedy tego nie robią bardzo często wplatają do zwykłych rozmów między sobą jakieś słownictwo z niej pochodzące; no i warto nadmienić, że samo uczenie się matematyki, powiedzmy na poziomie doktoratu, istotnie zmienia sam sposób rozumowania, nawet na co dzień)
    Po szóste: jest takie dość znane w środowisku SF zdanie, że "bohaterami SF są idee" (uwaga na boku: z tego względu "Star Wars" to nie SF, podobnie jak niemal wszystko, co gości na ekranach kin, a jest określane jako SF). Bardzo dobrze oddaje ono to, czym naprawdę ekscytują się czytelnicy takich autorów jak: Lem, Stepehenson, Egan, Dukaj, Watts, czy właśnie Chiang (czyli autor opowiadania będącego źródłem "Nowego początku"). Jednak nie sposób wyobrazić sobie filmów odpowiadających takiej literaturze i traktujących poważnie naukę - już choćby ze względu na ograniczenia czasowe (że o nieopłacalności nie wspomnę). Dlatego filmowi twórcy SF idą inną drogą - pokazują nam zmagania i wybory jednostki ludzkiej na tle futurystycznych społeczeństw i w kontekście naukowych teorii pojawiających się na marginesach (czasem całkiem sporych). Moim zdaniem to dobrze. Dzięki temu nierozmiłowani w filozoficznych i naukowych dysputach widzowie mogą nawiązać emocjonalną więź z bohaterami, jednocześnie dostając posmak wielu wspaniałych pochodzących z nauki i z SF konceptów. I tak - "Nowy początek" mógł zainteresować wielu widzów hipotezą Sapira-Whorfa (choćby i wzmocnioną), "Interstellar" - ogólną teorią względności i związkami czasu z grawitacją, a "Matrix" - rzeczywistości wirtualnej. Można nawet argumentować, że "Incepcja" przybliżyła szerokiej publiczności koncepcję rekurencji. To wszystko są ważne koncepty (nawet jeśli dość pierwotne) i dobrze, że są w jakiś sposób wtłaczane do kultury popularnej.

    Oczywiście, "Nowy początek" ma różne wady (nie powinienem np. być w stanie dokładnie przewidzieć, jakie będzie następne zdanie, które padnie 😉 ), ale tego typu jego krytyka wydaje mi się mocno przesadzona i nieuzasadniona. Ale cóż, filmy odbiera się na tyle subiektywnie, że pewnie mało kogo przekonam. 😉
    I jeszcze ciekawostka, nieco związana z "Nowym początkiem": [SPOILER] cała koncepcja bezczasowości nie jest wziętym sobie znikąd pomysłem "a co jeśli ktoś będzie miał nieliniowe pismo i zacznie myśleć w ten sposób" (podpartą jakoś hipotezą Sapira-Whorfa), tylko ma bardzo mocne podparcie w fizyce. Do powstania mechaniki kwantowej był to zresztą obowiązujący model fizyki. Teraz nie jesteśmy już tego pewni, ale wciąż można za tym przytoczyć poważne argumenty. I jeśli przyjmiemy sobie taką hipotezę, to dołożenie do tego bardziej jednak osobistego wymiaru - widzenia całości swego życia, a nie tylko przeżywania go chwila po chwili - jest naturalnym pomysłem artystycznym. Trochę żałuję, że w filmie nie dotknięto tego fizycznego aspektu, ale potrafię to zrozumieć - wymagałoby to prawdopodobnie paskudnych ekspozycji i zrażenia wielu widzów, lingwistyka jest jednak znacząco łatwiejsza do przedstawienia. No a na pewno lepiej, że tego nie było, niż miałoby być przez filmowców wykrzywione (bo jednak nie są oni sami fizykami 😉 ).

    Ech, a chciałem tylko krótki komentarz napisać. ;-D

    • Drogi Piotrze dzięki za dłuuuugi komentarz. Doceniam, że chciało Ci się wejść w polemikę. Odniosę się do poszczególnych argumentów zaznaczając je tak jak Ty, dla porządku.
      Po pierwsze - moim zdaniem można odróżnić wnikliwość od bełkotu w dość prosty sposób. Na filozofii uczyli mnie, że prawdziwie mądry człowiek potrafi wytłumaczyć najtrudniejsze rzeczy sposób tak prosty, że względnie rozgarnięty człowiek to zrozumie. Na tej samej filozofii widziałem ludzi, którzy naszpikowali się cytatami po łacinie, nazwiskami mało znanych myślicieli, tytułami książek i przede wszystkim dziwaczną terminologią. Jak ktoś nie był w temacie, to rzeczywiście ich słowotok mógł robić wrażenie, ale wystarczyło ogarniać mniej więcej całą tą zasłonę dymną i się skupić, żeby poznać prawdę 😉 Podobnych różnic upatruję w jakiejkolwiek twórczości aspirującej do przekazywania ważkich treści. Jeśli ktoś stosuje pewne zabiegi intelektualne tylko dla efektu, a nie wynika z tego nic, bądź można dane tezy przedstawić w dużo bardziej przystępny sposób to właśnie to jest pusty popis wątpliwej błyskotliwości.
      Co do Black Mirror to ok, może nie jestem obiektywny i po prostu jego bełkotliwość była bardziej w mój gust 🙂 Jasne, że sporo tam hiperbolizacji, ale też mocnych, pojedynczych uderzeń bez udziwniania na siłę. Co do światów to faktycznie nie mogą się pochwalić mocnymi fundamentami, ale to też nie jest ich rola. Mają raczej stanowić pewien ogólny punkt wyjścia pod tytułem "a co jeśli" pozwalający zaprezentować określone konstrukty psychologiczne, które mogą się wytworzyć w specyficznych warunkach przyszłości. Uważam, że jeśli cokolwiek tutaj trzeba analizować, to właśnie te niewielkie fragmenty psychiki bohaterów, skrzywione przez, przyznaję, nieco naciągane światy, w których przyszło im istnieć.
      Po drugie - tutaj mam w sumie podobny argument co przy pierwszym punkcie, choć trzymam się go nieco mniej. Ja uważam, że pretensjonalność jest dość oczywista i wynika z daleko idącej przesady w formie przeintelektualizowania, zbyt mocnego natłoku emocji, którymi próbuje nas zarzucić twórca itd. Rzeczywiście jest to jednak rzecz trudna do jednoznacznego zdefiniowania i rzeczywiście można się poważnie nie zgadzać w kwestii tego co już jest pretensjonalne, a co jeszcze nie. Doskonale to widać na Twoim przykładzie Black Mirror, o którym piszesz, że jest pretensjonalny i histeryczny, jeśli go wziąć na poważnie. Ja szczerze napisawszy tak nie uważam i trochę mnie zastanawia dlaczego uważasz, że te historyjki są aż tak nierealne. Chodzi mi głównie o pierwszy sezon, po drugi jest dużo słabszy w każdym calu. Noo ale to osobna, dłuuuuga dyskusja, więc może innym razem!
      Po trzecie - ależ ja nie mam nic do banału, a tym bardziej do miłości 🙂 Uważam natomiast, że miłość można przedstawić w różnych odcieniach banalności, a takie Arrival niebezpiecznie zbliża się do baaaaardzo banalnych zagrywek, co akurat jeśli chodzi o mnie popsuło cały efekt. Nie zgodzę się też, że sztuka musi operować banałami, żeby wzruszyć. Sztuka (czy może twórczość) idąca na łatwiznę owszem. Ale banały można ubrać w szaty takiej klasy i elementy autoironii, że nie będą tak razić, albo też można spróbować podejść do tych wyświechtanych i przez to banalnych tematów z odpowiednią dozą świadomości i próbą wychwycenia nieco innych akcentów,co pozwoli tak twórcy, jak i odbiorcom odnaleźć w nich zupełnie nowe odcienie emocji i jednocześnie nie utracić ewentualnego wzruszenia. Jasne to jest bardziej wymagające zarówno dla jednych i drugich, ale przez to moim zdaniem dużo bardziej wartościowe.
      Po czwarte - czytałeś opowiadanie, więc Twoje spojrzenie siłą rzeczy jest nieco inne. Moim zdaniem był moment, w którym silono się na twist dla mniej ogarniętych/uważnych odbiorców. Jasne, że można się było kapnąć o co chodzi w wielu wcześniejszych momentach filmu, ale gdy już zrobili pełne odkrycie (ja uważam, że był taki moment pod sam koniec) wałkowali to kilka razy i ja tam nie widziałem żadnego naturalnego mechanizmu. Spokojnie mogli to skrócić do jednej sceny i wtedy moje pretensje co do wałkowania jak i banalności byłyby duuuuużo mniejsze.
      Po piąte - wracamy do punktu pierwszego. Tak naukowcy między sobą rozmawiają innym językiem i zdarza im się wplatać w wypowiedzi terminologię swojego zawodu. Tak jak to robią pracownicy korporacji, osoby mocno wierzące, gamerzy czy jakakolwiek inna grupa społeczna, która wytworzyła sobie specyficzne konstrukcje językowe. Zgadzam się, że niezrozumiały dla innych język użyty w dialogach osób z określonego kręgu kulturowego, czy grupy społecznej dodaje realizmu. Nie mam nic przeciwko temu! Jak czegoś nie skumam to sobie poszukam w sieci i nauczę się czegoś nowego 🙂 Ale dobry, mądry naukowiec będzie potrafił wytłumaczyć kompletnemu laikowi o co mniej więcej (podkreślam mniej więcej, bo jestem świadom, że pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć każdemu w całkiem prosty sposób) biega w danej, powiedzmy, teorii. Nadęty gbur natomiast złośliwie zarzuci rozmówcę jeszcze większą ilością niezrozumiałej terminologii, żeby mu pokazać, że jest idiotą i nie wiem, poczuć się lepiej. Podobnie jest z filmami, czy książkami. W jednych trudna terminologia będzie oddawała specyfikę danego środowiska w innych tworzyła złudzenie ogromnego intelektu twórców i zaciemniała pewne rzeczy, żeby osiągnąć efekt taniej tajemniczości.
      Po szóste - ponownie zgadzam się z Tobą, ale ponownie po części 🙂 Pewne filmy robią z tych teorii przewodni element swojej kampanii reklamowej (albo ludzie, którzy to oglądają i się zajawią na owe teorie - w sumie to nie sprawdzałem tego jakoś dokładnie) i to dzieje się z krzywdą dla owych teorii. Nie jestem przekonany co do założenia, że lepiej, że teorie w ogóle trafiają do popkultury, nawet jeśli w pokaleczonej formie, niż jakby miały w ogóle nie trafić. Ja uważam, że czasem (jak np w Interstellar, czy właśnie w Arrivals - chociaż tutaj w mniejszym stopniu) to wprowadza zbyt duże zamieszanie i niepotrzebnie tworzy błędne przekonania o pewnych rzeczach, które mogłyby spokojnie egzystować sobie tylko w naukowych dysputach, gdzie w ogóle mają jakikolwiek sens. Tutaj to kwestia podejścia - Ty zakładasz dość optymistycznie, że ludzie mają wrodzoną ciekawość i jeśli jakaś koncepcja im się spodoba to naturalnie będą chcieli ją pogłębić. Ja uważam, że przerażająca większość grupy, której spodoba się choćby hipoteza Sapira-Whorfa zacznie wypowiadać się na jej temat bazując na swoich przekonaniach wytworzonych w czasie seansu i MOŻE ewentualnie z notki na Wikipedii.
      Ciekawostki jestem jak najbardziej świadom, chociaż zapewne w dużo mniejszym stopniu niż Ty,bo z tego co zrozumiałem obracasz się w świecie fizyki na co dzień. To bardzo ciekawa koncepcja ale tak jak piszesz na końcu, lepiej żeby jej filmowcy nie ruszali bo wyjdzie jak hipotezą S-W.

      • Piotr

        Jej, dziękuję za odpowiedź, nie liczyłem na nią po tamtej ścianie tekstu. 😉

        (1) Z jednej strony się zgadzam - bo też nie lubię opisanego przez Ciebie, hmm, snobizmu (nienajlepsze określenie, ale wiadomo, o co chodzi). Ale z drugiej strony, bardzo często, jeśli tylko nie mam takiego poczucia "o, autor chce za wszelką cenę pokazać, jaki jest mądry", naprawdę mi się taka sztuka przesytu podoba (przynajmniej w przypadku literatury mi się tak nierzadko zdarza). Ten pierwszy punkt wziął się u mnie z takiego dużego pesymizmu co do zdolności sztuki do przekazywania ważnych treści, ja ją głównie traktuję na zasadzie "czy koncept/wykonanie są ciekawe" albo "czy jest to ładne i przyjemne".
        (2) Ja zwykle też uważam, że pretensjonalność jest łatwa do wyłapania, zaś nasze definicje pretensjonalności są bardzo zbliżone. Ale potem się zdarza, że np. ja uznam za pretensjonalne jakąś rzecz, a ktoś nie - albo na odwrót - i okazuje się, że to 'daleko idąca' i 'zbyt mocny' są straszliwie subiektywne. 😉 Trochę z tego względu niemal zawsze daję twórcom pod tym względem duży kredyt, zanim zacznę rzeczywiście ich z tych pozycji krytykować. 😉
        (3) Zgadzam się, że sztuka nie musi operować banałami dla wzruszenia - nawet wolę, kiedy tego nie robi. Ale też nie jestem szczególnie krytyczny dla takich zabiegów (znaczy, czasami też mi się zdarza zgrzytać na to zębami, ale generalnie mam wysoką tolerancję 😉 ). Wynika to z tego, że mam wrażenie, że nasza kultura niesamowicie przesiąkła ironią - do tego robi się jej coraz więcej (choć nie wiem, może to tylko moje środowisko 😉 ) - i że czasem dobre byłoby coś szczerego i prostego. Tylko właśnie, między szczerym i prostym a banalnym jest bardzo delikatna i trudna do uchwycenia różnica. Więc, mając wyrozumiałą naturę i domyślając się trudów filmowego rzemiosła, zwykle staram się twórców choć trochę na tym polu bronić. 😉
        (4) Możliwe, że znając opowiadania każdą małą informację (nic nieznaczącą dla nieczytających opowiadania) traktowałem mimowolnie jako powolne wprowadzanie tego dodatkowego elementu. Choć starałem się właśnie zwrócić na to uwagę. 😉
        (a jeśli piszesz o scenie na konferencji i jej najbliższych okolicach, to akurat zgadzam się, że mogło to być krótsze)
        (5) Przy tym, jak to napisałeś, muszę się zgodzić. 😉 Tylko chciałbym zaznaczyć, że tutaj to rozróżnienie (twórca chce się maskować trudnym słownictwem, czy chce jakoś oddać specyfikę środowiska) znowu zależy od tego, jak odczytujemy intencje twórcy, co nie musi wynikać bezpośrednio z dzieła. Nie wiem, może to znowu kwestia środowiskowa - wiele nauk jest na tyle wyspecjalizowanych, że ma się bardzo mgliste pojęcie o zajęciu kolegi z innego instytutu i jest się przyzwyczajonym do ciągów niezrozumiałych wyrazów. 😉 Przy okazji - podobnie, zawsze się zastanawiałem, dlaczego, przynajmniej na podstawie moich obserwacji, fizycy mają znacznie wyższy od reszty widzów poziom zawieszenia niewiary w kwestiach bezsensownej nauki w filmach. 😉
        (6) No tutaj rzeczywiście zaprezentowałem chyba przesadny optymizm. Wprawdzie nie mam dużego problemu z ludźmi wypowiadającymi się na jakiś temat naukowy jedynie na podstawie filmów (lepiej byłoby już na podstawie jakichś popularnonaukowych rzeczy, ale z drugiej strony - lepiej to niż np. plotki o celebrytach), ale nieprzyjemne są sytuacje, gdy społeczeństwo postrzega jakieś badania jako skrajnie niebezpieczne właściwie bez powodu (np. - czy naukowcy w CERNie wysadzą Ziemię/zrobią czarną dziurę/cokolwiek - choć tutaj jedyny kojarzony przeze mnie film, który korzystał z tego motywu to "Anioły i demony", a on już chyba raczej wykorzystywał ten dość popularny wcześniejszy od niego motyw). Wprawdzie jak do tej pory jedyną niesłusznie osądzoną rzeczą są GMO (co do których można mieć wątpliwości, ale z innych powodów niż najczęściej pojawiających się w dyskursie) oraz badania na zarodkowych komórkach macierzystych (choć to już z powodów religijnych) - ale w przyszłości, tym bardziej jeśli trend 'post-truth' nam się rozwinie, może z tym być znacznie gorzej.

        Co do "Black Mirror", to ja to uważam za dobry serial - m.in. ze względu na to, o czym napisałeś: że sama konstrukcja świata przedstawionego nie ma największego znaczenia. Jeśli chodzi o te nieścisłości światów, to w samym pierwszym sezonie: pierwszy odcinek to w zasadzie teraźniejszość (czyli ok), drugi odcinek jest genialną metaforą, ale gdyby traktować go dosłownie, to kłóci się to z fizyką (w podobny sposób jak w "Matriksie", zresztą 😉 ), chyba że zaczniemy sobie domyślać jakieś rzeczy, zaś trzeci odcinek kłóci się (o ile się orientuję) z neurobiologią (a dodatkowo, jeśli już przyjąć istnienie takiej technologii, to ma się już interfejs oko-nagrywarka, czyli de facto mózg-komputer - a w takiej sytuacji społeczeństwo powinno być znacznie bardziej stranshumanizowane 😉 ). A jeśli chodzi o histeryczność - nawet w młodym pokoleniu znam masę ludzi, którzy mimo bardzo dobrego obeznania z nowymi technologiami żyją właściwie poza mediami społecznościowymi i kulturą niekończących się newsów - więc wizja z pierwszego odcinak, w której cały Londyn opustoszał tak bardzo, że przez kluczowe godziny nikt nie znalazł pozostawionej na kładce ofiary wydaje się strasznie przesadzona - choć jako lekko autoironiczna metafora-hiperbola związanych z Internetem przemian we współczesnym społeczeństwie traci ten wymiar. W drugim odcinku, gdyby potraktować go na poważnie, nie jestem w stanie przyczepić się do niczego na tyle konkretnie, ale miałbym poważne problemy z zaakceptowaniem tego, jak łatwo sterowalne jest ta społeczność - ponownie, świetna metafora współczesnego konsumpcjonizmu. Z kolei trzeci odcinek, hmm, z nim mam spory problem, bo zwykle nie doceniam jakoś szczególnie osobistych dramatów - chyba że są one studium jednostki wybitnej albo charakterystycznej dla swego czasu. Tu tak nie ma, dodatkowo protagonista jest w moim odczuciu jednostką toksyczną (ostatecznie jego zazdrość okazała się uzasadniona, ale to nie zmienia mej oceny jego postępowania) i histeryczną właśnie (tak, najlepiej wydłubać sobie ot tak nad zlewem z mózgu nagrywarkę, która jest połączona nerwowo z oczami i uszami, nie można już pojechać do szpitala...). W związku z tym zupełnie zabrakło mi tu więzi emocjonalnej z bohaterami (i co chwila komentowałem w myślach "mam się przejmować takimi ludźmi" 😉 ) - więc trochę mimowolnie (bo nie jestem pewien, czy to wszystko nie było zamierzone) potraktowałem ten odcinek jako próbę wciśnięcia mi wygranego na wysokich nutach tragizmu tam, gdzie go prawie nie ma. (noo, można mówić jeszcze o przekleństwie i tragizmie bycia osobą obdarzoną takim charakterem - ale na poziomie emocjonalnym działa to bardzo kiepsko 😉 )

        • Czyli generalnie wychodzi na to, że Ty byłeś bardziej pobłażliwy w stosunku do Arrivals, a ja w stosunku do Black Mirror. Poza tym mogę zgodzić się, albo przyjąć do wiadomości Twój tok myślenia na poruszone tematy 🙂
          Pozdrawiam.

    • Zupełnie obok komentarza - Piotr, na Boga, załóż bloga, czytałaby cię tak bardzo!

  • Pingback: Ambitne kino, czyli co?()


KONTAKT

Bardzo chętnie nawiążemy współpracę i odpowiemy na pytania.

Kod: