0

W kinach gra się Eisenteina z Meksyku wielkiego postmodernisty Petera Greenawaya, a jeszcze zanim wybierzemy się na ten seans, warto wrócić do jednego z najbardziej obrazoburczych dzieł bezczelnego reżysera.

Życie to teatr – fraza ta ciągnie się za nami pewnie od samego antyku. Gramy przed sobą, wymyślamy, kreujemy, oszukujemy – i w takim podejściu można dojść do smutnego wniosku, że życie to fikcja. Być może, chociaż na szczęście bardzo wciągająca. Peter Greenaway wychodzi z podobnego założenia i chce teatr w teatrze odtworzyć, i po raz kolejny grać z widzem, łamać konwenanse i prowokować do krytycznego spojrzenia na cywilizację, kulturę. Coby tak widzowie spojrzeli po sobie i zawstydzeni oglądaniem wstydliwej wizji dziejów ludzkości, zastanowili się w czym właściwie im uczestniczyć przyszło.

Ideą panującą nad spektaklem jest nasza natura, ta zwierzęca, najbardziej seksualna, determinująca wszystko co tutaj robimy. Na huśtawce w mroku buja się pokraczna postać, która tego typu mądrości widzowi mówi - ku przestrodze i interpretacyjnej pomocy. Zaraz po monologu zaczynie się ta wielka inscenizacja bogactwa i przepychu, których niejeden teatralny reżyser mógłby szczerze Greenawayowi zazdrościć, bo z takim rozmachem „teatru telewizji” w latach dziewięćdziesiątych, i tym bardziej dzisiaj, nikt chyba nie robił (chociaż może Eisenstein?).

Dzieciątko z Macon (1993)

Dzieciątko z Macon (1993)

Wszystko zaczyna się jak na dobrą narrację biblijną przystało – rodzi się dziecko, o jakie piękne - mówią wszyscy jak stado troskliwych ciotek i wujków. Szybko jednak następują pęknięcia i wiemy już, że idylla to to nie będzie: matka taka szpetna; dziecko moje ma być, ja chcę, moje! - i tak dalej i tak dalej. Na scenie mnóstwo postaci, wszystkie skupione wokół tytułowego dzieciątka. Publika kibicuje i zaśmiewa się kiedy trzeba, wszyscy aktywnie uczestniczą w nieco zdeformowanym, poczwarnym – można pomyśleć – odegraniu narodzin nowego Mesjasza. Z jakiego powodu tak sławne to dziecko? W przedstawionym świecie panuje nieurodzaj i kłopot z płodnością. Dziecko jest na wagę złota, a co dopiero tak piękne!

Kamera Sachy Vierny oraz kostiumy Elleny Lens i Dieny van Straalen, jak i scenografia w ogóle - współtworzona przez szereg osób, to rzecz warta niejednego akapitu recenzji, chociaż tutaj powiem krótko: tak się dziś nie robi, tak się dziś nie opłaca. Karmazynowe stroje biskupów i szeroko wziętej arystokracji, złoto artefaktów, barokowe zdobienia makiet, o ile można tak powiedzieć o wyglądającej na historycznie realną scenografię – wszystko to sprawia, że dwugodzinna opowieść utrzymuje w stałym skupieniu. Zdjęcia kręcone w ruchu, według zasady „tam gdzie kadr, tam ma się dziać”, dokonują małego gwałtu na percepcji, nagromadzeniem szczegółu i statystów - ma się przez to wrażenie, że inscenizacja przeniknie ekran i sami staniemy w obliczu zdegenerowanego świata, położymy się jednym z pięknych łóż, żeby w świetle reflektorów umrzeć nareszcie. Formalna strona nie pozostawia żadnego pytania, że mamy do czynienia z dziełem nietuzinkowym.

Dzieciątko z Macon (1993)

Dzieciątko z Macon (1993)

Dzieciątko w toku fabuły jest faktycznie obiektem religijnej hucpy i Greenaway sprawnie krytykuje wszystko to, cośmy zrobili z jakąkolwiek duchowością człowieka, jak rozmieniliśmy to wszystko na drobne, jakim oszustwem jest cały ten teatr, gdzie czas ulega uniwersalnemu spłaszczeniu, a cała akcja może rozegrać się zarówno w jednej scenie czy w całym spektaklu, a wreszcie - działa się odkąd człowiek „zszedł z drzewa”. Ponura jest bardzo ta wizja i nie da się jej odmówić brutalnej i słusznej diagnozy. Wszystko co piękne ma często brzydki fundament, a my wolimy się czasem pokłamać, niż znać prawdę, bo prawda jest jak poezja, co tłumaczył nam sprawnie Gosling w ostatnim Big Short, każdy ma poezję w nosie.

Jedyne co mogę zarzucić tej wizji, to dosłowność i nachalność pewnych spostrzeżeń autora, który w pewien sposób dystansuje się od konceptu poprzez postaci – te same z siebie zastanawiają się nad pełnioną rolą. Jednak z drugiej strony przesada i karykaturalność wzmacniają finalny wydźwięk filmu, zostawiając na scenie czarne na białym, żywe na martwym, złe zespolone z dobrym, przez co zakończenie uznaję za klamrę kompletną, słusznie nagrodzoną owacją na stojąco.


PARTNERZY

Współpracowaliśmy już z wieloma markami.

300px-Upc_logo
TNT_logo_nowe655
Ale_kino+
Jameson_Irish_Whiskey_logo
t-mobile logo
empik
kinopodbaranami
ars
imax
wb
footer-logo
Cinema City
multikino
fortuna
lg logo

KONTAKT

Bardzo chętnie nawiążemy współpracę i odpowiemy na pytania.

Kod: