6

Część pierwsza tutaj

 

 

Druga część mojego serialowego podsumowania opiera się na rzeczach, o których powinniście już słyszeć, choćby mimochodem. W gruncie rzeczy mogę stwierdzić, że rok 2015 był całkiem łaskawy dla fanów seriali. Pojawiło się kilka bardzo ciekawych nowości a i kolejne sezony dobrze znanych serii stały na niezłym, a nawet czasami bardzo dobrym poziomie.

Najpierw jednak sobie ponarzekam, żeby mieć to z głowy. Z niecierpliwością czekałem na drugi sezon Detektywa, naiwnie licząc, że ostatni odcinek pierwszego był tylko małym wypadkiem przy pracy i nowa historia drogą ewolucji wyzbędzie się takich niespodzianek. Niestety okazuje się, że ekipie spodobał się ten paskudny kierunek i miałkością znaną z finału tym razem atakują nas od pierwszego odcinka. Co tu dużo pisać, Detektyw numer dwa jest przegadany, nudny jak flaki z olejem i niezbyt błyskotliwy. Szkoda, bo aktorsko nadal stoi na niezłym poziomie, szczególnie dzięki panom Farrellowi i Vaughnowi, a klimat można by z przyjemnością ciąć nożem. Niestety reszta leży i kwiczy. Nie wiem czy obie serie miały tego samego showrunnera, ale jeśli tak, ten powinien wylecieć jak najszybciej.

Gra o tron

Gra o tron

Piąta odsłona Gry o tron również mnie nie zachwyciła. Jakiś tam poziom został utrzymany, nadal jest to do oglądania, ale ilość emocji serwowanych przez twórców mocno zmalała. Seria gdzieś zatraciła swoją treściwość i literackie zacięcie. Ze smutkiem stwierdzam, że bardziej zaczyna to przypominać średniowieczną operę mydlaną, niż pełnokrwistą political fiction doprawioną odrobiną magii, jaką serial był na początku.

Suits już od dwóch sezonów oglądam raczej z przyzwyczajenia. Serial na początku uwiódł mnie sympatycznymi bohaterami, sprawnie skonstruowaną fabułą, a przede wszystkim toną cytatów i odniesień do klasyków kina. Gdzieś pod koniec 3 sezonu serial zatracił swoje najważniejsze atuty niemal całkowicie, na rzecz do bólu typowych wątków romansowych. Piąty sezon stara się wracać do korzeni i czyni to dosyć nieudolnie, ale i tak jest lepiej niż w numerkach 3 i 4.

Gwoli wyjaśnienia – ominąłem drugi sezon Fargo, bo pierwszy zanudził mnie na śmierć i kompletnie nie ogarniam hajpu na ten tytuł, nie zgadzam się też z żadnym argumentem, który przywołują miłośnicy tej serii (może poza rolą Thortona), podobnie zrobiłem z Hannibalem, co ciekawe niemal z tych samych względów, podobnie propsując tylko kreację głównego schwarzcharakteru...

Mackenzie Davis jako Cameron Howe / Halt and Catch Fire

Mackenzie Davis jako Cameron Howe / Halt and Catch Fire

Ok, teraz chwalę! Najlepszą kontynuacją tego roku jest zdecydowanie Halt and Catch Fire. Więcej o tej serii możecie przeczytać w moim tekście Czas nerdów na serio. Powtórzę tylko, że dla mnie obok Narcos jest to seria tego roku. Niesamowicie stylowa, wciągająca, z doskonale wykreowanymi bohaterami i stosunkowo nieopatrzonymi twarzami. Twórcy sezonu numer dwa pokazali, że jeśli ma się odpowiednie pokłady talentu i dobry pomysł, można stworzyć ciekawą opowieść nawet o grupce programistów siedzących w domu przerobionym na biuro firmy internetowej. Lee Pace gra rolę życia, aż miło popatrzeć!

O palmę pierwszeństwa z Halt and Catch Fire walczy trzeci sezon Orange Is the New Black. Komediodramat o życiu więźniarek pewnego amerykańskiego oddziału zamkniętego, wyprodukowany przez Netflitx, już od początku wygrywał naturalnym, pełnym wdzięku, ale też bezpośredniości podejściem do tematu. Ponadto takiego zestawu kobiet z krwi i kości telewizja i kino nie widziały od dawna, jestem o tym przekonany. Sezon numer trzy daje nam wszystko to, co dwa poprzednie, tylko lepsze. Historie są więc głębsze, mocniejsze, a także wzruszające, bądź zabawne dokładnie w tych momentach, w których trzeba. Mnie cieszy też odejście fabuły od Pipper, która wcześniej była główną bohaterką - moim zdaniem jest najmniej sympatyczna z całej ekipy, na rzecz dokładniejszego zagłębienia się w motywacje pozostałych więźniarek. Jak najbardziej warto zobaczyć.

The Walking Dead

The Walking Dead

The Walking Dead miało swoje wzloty i upadki, co moim zdaniem wynikać może z braku jakiejkolwiek sensownej konkurencji. To bowiem jedyna rzecz na ekranie (tak wielkim jak i tym małym), która od wielu lat próbuje podejść do tematu apokalipsy zombie na poważnie (jakby to samo w sobie zabawnie nie brzmiało). Moim zdaniem zazwyczaj wychodziło im to całkiem nieźle, chociaż sezony 3 i 4 budziły niepokój. Sezon piąty i szósty są dosyć mocno hejtowane, a ja uważam je za dość solidne i ocierające się o poziom początku serii. Jasne, to nadal opowieść o łażących i atakujących wszystko co się rusza umarlakach, ale twórcy znowu bardziej zbliżają się do plugastwa ludzkiej natury, niż konsumowanych wnętrzności. Zawsze uważałem to za najciekawszy, a przy tym najbardziej niezagospodarowany motyw gatunku, stąd też znów oglądam The Walking Dead z przyjemnością.

Na głowę Franka Underwooda wylało się w tym roku sporo pomyj. Moim zdaniem trzeci sezon House of Cards nie jest dramatycznym spadkiem formy. Owszem fabuła jest mniej gęsta niż w przypadku pierwszej serii, ale to nadal genialny Kevin Spacey, który na dodatek dostaje pierwszego poważnego antagonistę. Alter ego Putina wypada świetnie, dając nieźle popalić głównemu bohaterowi. Dodatkowo przeniesienie całości intrygi na pole międzynarodowe pozwoliło mi na wyłapanie o wiele większej ilości odniesień do współczesnej polityki, co w przypadku poprzednich sezonów mogło być trudne dla osoby, która nie śledzi amerykańskiej polityki na co dzień.

Również drugi sezon The Affair trzyma poziom poprzedniego. Ten psychologiczny melodramat z elementami kryminału pokazuje, że ogromne napięcie można budować również na osobistych rozterkach zwykłych ludzi, a nie tylko niezwykłych historiach pół-herosów. Ta seria obnaża jeszcze więcej rys na obrazie współczesnych amerykanów klasy średniej i z gracją wkrada się w jeszcze głębsze rejony mrocznej części psychiki postaci oglądanych na ekranie. Świetny duet głównych bohaterów zagranych przez Dominica Westa (znanego chociażby z genialnego The Wire) i Ruth Wilson, którym nie ustępuje większość pozostałej ekipy. Rozterki miłosne rzadko leżą w kręgu moich bezpośrednich zainteresowań, ale ta seria pochłonęła mnie całkiem mocno.

Shameless Sezon 5 - Foto: Brian Bowen Smith / SHOWTIME

Shameless Sezon 5 - Foto: Brian Bowen Smith / SHOWTIME

Na koniec „długich serii” zostawiłem sobie moje ulubione Shameless. Ten serial jest praktycznie nieznany w Polsce, a szkoda, bo tak bezpardonowej, zabawnej, a przy tym pełnej wzruszających momentów produkcji można szukać na ekranach telewizorów ze świecą (oczywiście nie licząc Orange Is the New Black – swoją drogą obie serie mają wiele wspólnych elementów). Perypetie rodziny, która chyba już dawno przekroczyła granice patologii, nadal dają nam dawkę brudu i kontrowersji, z gracją łamiąc, czy może raczej wysadzając kolejne tabu i nie robiąc sobie kompletnie nic z jakichkolwiek trendów, czy granic dobrego smaku. Shameless jest bardzo dobre i bardzo równe. Kolejny sezon biorę w ciemno.

To by było na tyle, jeśli chodzi o seriale z odcinkami 40-60minutowymi. Żeby zachować spójność z poprzednią częścią wpisu pora na seriale do jedzenia, które trwają od co najmniej jednego sezonu. Tutaj niestety nie wydarzyło się praktycznie nic. Tasiemcowe komedie w stylu Teorii wielkiego podrywu, czy Jess i chłopaków stają się nudne i co tu dużo opowiadać – zjadają własny ogon. Niestety podobny los spotkał Brooklyn Nine-Nine mimo, że to serial ze zdecydowanie krótszym stażem.

W tym roku dostaliśmy drugi sezon Doliny Krzemowej, czyli historii grupki kumpli, którzy próbują przebić się ze swoim startupem. Jako, że to początki, seria spokojnie utrzymuje zdrowy poziom śmiechu widza. Ja oglądam z przyjemnością. Podobnie jest z Jane dziewicą. Ten serial to bezczelna parodia latynoskich oper mydlanych. Historia dziewczyny, która przez przypadek podczas badania ginekologicznego zostaje zapłodniona nasieniem faceta, z którym kiedyś miała moment. Na dodatek dziewczyna jest w związku z kimś innym i nigdy nie uprawiała seksu. Dodajmy do tego nagle odnalezionego ojca głównej bohaterki (gwiazdę, a jakże, telenowel) intrygę kryminalną, a nawet katolików upatrujących w Jane nowego wcielenia Matki Boskiej. Musicie przyznać, że to szalony miks i taki właśnie jest ten serial. Mocno sucharowy, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. No i Rochelio de la Vega, czyli ojciec głównej bohaterki – gwiazdor telenowel, to jedna z najzabawniejszych obecnie postaci serialowych.

Louie

Louie

Z odpowiednią mocą wybrzmiał za to finałowy, niestety krótszy o połowę sezon Louie, czyli doskonałego komediodramatu, w którym główne skrzypce gra stand-uper Louie CK. Amerykański komik stworzył serię, która jest zupełnie nieamerykańska i całkowicie odbiega od jakichkolwiek innych 20-30-minutowców. Zabawne, wzruszające i przede wszystkim bardzo, bardzo mądre, a przy tym absolutnie niebanalne dzieło. O ile przy wszystkich opisywanych wcześniej seriach można dyskutować, tutaj nie mam żadnych wątpliwości – Louie to rzecz, którą powinien zobaczyć każdy, bo każdy może nauczyć się z niej czegoś wartościowego.

Na koniec w wielkim skrócie – bo nie ma co się rozpisywać o serialach nawiązujących do dobrze znanych tytułów. 2015 dał nam spin offy dwóch bardzo popularnych serii. Pierwszy z nich to Better Call Saul, który w centrum wydarzeń stawia zabawnego prawnika znanego z Breaking Bad. Wiązałem z tą produkcją spore nadzieje, ale nie jestem specjalnie zadowolony, choć jakoś bardzo oburzony również nie. Ot takie tam w pełni profesjonalne obcinanie kuponów. Podobnie jest z Fear the Walking Dead, który nawiązuje do najsłynniejszej serii o zombiakach, opisując początki epidemii. Jedno i drugie to zdecydowanie rzeczy dla największych fanów oryginałów.

Marvel's Jessica Jones

Marvel's Jessica Jones

Podobnie mam z seriami komiksowymi. W tym roku był ich niezły wysyp bo dostaliśmy między innymi Supergirl, ale to bardzo infantylna, źle zagrana i kompletnie nieciekawa bajeczka, która raczej nie wspomogła promocji zbliżającego się filmu. Poza tym Netflix uderzył z Daredevilem Jessicą Jones¸ czyli seriami umiejscowionymi w uniwersum Marvela. Mnie osobiście pierwsza z nich nie kupiła, ale średni ze mnie fan komiksów. Dawid jest fanem, a po tym jak powiedział mi, że Jessica Jones jest zbliżona do historii o niewidomym herosie, odpuściłem sobie bez żalu. Na koniec warto wspomnieć o seriach nawiązujących do horrorów klasy, hmmm umówmy się, że B. Krzyk Ash vs. Evil Dead mocno czerpią z pastiszu, dając nam śmiech mocno uwalanym ketchupem. Czy to jest dobre? Rzekłbym raczej, że specjalnie nieudolne i że jest w tym pewna metoda. Nagromadzenie sucharów jest ogromne, ale część z nich jest całkiem zabawna. Myślę, że fani tych filmowych oryginałów mogą być zadowoleni. Ja bawiłem się nieźle.

---

Na koniec małe podsumowanie. Jeśli miałbym telegraficznie opisać ten rok użyłbym słów: adaptacja, NetflixNarcos. Serialami w tym roku zdecydowanie rządził stosunkowo młody gracz na arenie, który wpuścił kilka głośnych i bardzo mocnych nowości. Pozostałe wielkie koncerny takie jak HBO, AMC, czy CBS musiały się nieźle napocić, żeby dorównać mu kroku i niekoniecznie to się udało. Ciosem ostatecznym okazało się Narcos, które tylko podkreśliło triumf Netflixa. Fanów komiksów cieszy natomiast, że dwie największe marki mocno poszerzają swoje uniwersa za pomocą nie tylko kin, ale też telewizorów. Na ten moment Marvel zdecydowanie wygrywa, ale wydaje się, że DC niekoniecznie chce się łatwo poddać. To był dobry rok dla seriali, czeka mnie jeszcze sporo nadrabiania, ale telewizja, przynajmniej w kwestii fabuły, zmierza w całkiem dobrze wyglądającym kierunku.


  • Luke

    Przydałby się link do poprzedniej cześci na początku artykułu 😉

    Showrunnerem True Detective'a jest chyba nieprzerwanie Pizzolatto.

    Drugi sezon Fargo jest o wiele lepszy, choć nadal nie rozumiem zachwytów.

    Suits przestałem oglądać chyba właśnie po trzecim sezonie, a może gdzieś w środku trzeciego, ale raczej od początku uważałem go za przeciętniaka. Ale postać Litta świetna.

    Oglądając Big Bang Theory nadal się śmieję w głos, choć oczywiście mniej niż przy poprzednich sezonach, więc dla mnie to nadal dobry sitcom, aczkolwiek rozumiem krytykę tego serialu.

    Dolina krzemowa i The Affair są bardzo przyzwoite, ale dla mnie bez szału.

    Ostatni sezon Shameless to może najlepszy sezon tego serialu. Idealne połączenie komedii i dramatu, czego nie mogą powiedzieć o...

    Louie przy którym uśmiechnąłem się kilka razy. That's it. Serial jest ciekawy, ale po serii tworzonej przez komika tego śmiechu powinno być, wydaję mi się, trochę więcej. To jest serial dramatyczny i drastycznie zmienił swój ton od pierwszego sezonu, co może nie być widziane jako zarzut, ale dla mnie to jest jego sporą wadą.

    Dla mnie 2015 to: Mr Robot – świetny pierwszy sezon, a to dopiero pierwszy akt!; Sense8 i Show Me a Hero. Wszystkie trzy to nie tylko świetne i ciekawe seriale, ale również ważne, niosące jakąś treść, zwiekszające świadomość. A, i Humans.

    I dalej: Jonathan Strange & Mr Norrell; The Leftovers – miałem mieszane uczucia po pierwszym sezonie, ale sezon drugi to coś niezwykłego; Detectorists – mały brytyjski diamencik; Please Like Me – mały australijski diamencik; Hannibal – niesamowity finałowy (?) sezon; Penny Dreadful; The Knick.

    • Fakt, dokleję takowy link 🙂
      Co do Louiego ja właśnie uważam, że pójście w tak dramatyczne nuty było strzałem w dziesiątkę i wcale mi nie brakuje śmieszności, ale zgadzam się, że pierwszy sezon był bardziej "do przewidzenia" dla osób, które znały Louisa CK jako komika, z tymże ja mam odwrotnie niż Ty.
      Humans obejrzałem 2 odcinki i uważam, że to zwykłe patrzydło jakich co roku jest kilkanaście, ale możenie dotrwałem po prostu do rozwoju w coś więcej? 🙂
      Do wielu serali muszę wrócić, albo odrobić - Leftovers, Please Like Me, The Knick - to są tytuły, które spotkałem, ale nie ruszyłem, albo opuściłem po jednym odcinku. Czekają na swój moment po prostu. Chociaż mogą jeszcze poczekać, bo Shameless wystartowało! 😉

  • Klaudia Pe

    Mój serialowy 2015? Narcos, Show Me a Hero oraz Master of None!

    • Luke

      Zapomniałem o Master of None – mały amerykański diamencik 😉

  • Łukasz Świniarski

    O kolejny fan serialowych Shameless - znam głównie tylko jedną fankę z internetów, która poleca ten serial wszędzie gdzie może- czyli Myszę z podcastu MyszMasz oraz bloga Myszamovie.Dla mnie Jessica Jones to całkiem inny poziom niż Daredevil, inna produkcja, uderzająca bardziej w psychologiczne tony, to opowieść o byłej superbohaterce, która mierzy się ze stresem pourazowym, 13 odcinków pokazuje jej stopniową walkę. Warto!

    • Shameless polecam zawsze i wszędzie. Świetne! Do Jessici Dawid mnie cały czas przekonuje, więc w końcu pewnie się skuszę 😉

PARTNERZY

Współpracowaliśmy już z wieloma markami.

300px-Upc_logo
TNT_logo_nowe655
Ale_kino+
Jameson_Irish_Whiskey_logo
t-mobile logo
empik
kinopodbaranami
ars
imax
wb
footer-logo
Cinema City
multikino
fortuna
lg logo

KONTAKT

Bardzo chętnie nawiążemy współpracę i odpowiemy na pytania.

Kod: