2

Miałem strzelić ranking pod tytułem najlepsze seriale 2015, ale gdy rozkmniałem, co powinno się w nim znaleźć, stwierdziłem, że tak się nie da. Są przecież nowe serie, są kolejne sezony już znanych tytułów, są 20-mintowce, czy miniseriale, których odcinki ocierają się o pełny metraż, są fabuły i animacje, wreszcie są rzeczy, które ogarnąłem dopiero teraz, a wyszły przed 2015.

Postanowiłem więc użyć nieco luźniejszej, ale też dłuższej formy, żeby objąć nieco większy obszar telewizyjnych produkcji. Żeby nie zamęczać nadmiarem tekstu, podzielę całość na części. Pierwsza to serie, które debiutowały oryginalnymi historiami w 2015 roku, w kolejnej napiszę trochę o kolejnych sezonach dobrze już znanych serii, a także poświęcę odrobinę miejsca na spin offy i adaptacje filmów, czy też komiksów, bo pojawiło się takich sporo. Zatem do rzeczy. Przed wami mój serialowy 2015.

#1 Nowości

Zacząć należy od zupełnych nowości z głównego nurtu, a więc seriali dramatycznych z około 40-60 minutowymi odcinkami. Tutaj mamy przede wszystkim dwa całkiem dobre, choć w przypadku drugiego niestety nie do końca, strzały. Moim prywatnym hitem tego roku jest Narcos, czyli historia Pablo Escobara. Jeśli jeszcze nie widzieliście, możecie obejrzeć sobie moją dyskusję z Dawidem, w jednym z odcinków Masterszota. Tutaj w wielkim skrócie – historia bodaj największego dilera w historii zrealizowana przez Netflix z wielkim rozmachem to kawał dobrej, nietuzinkowej telewizji. Świetny scenariusz, doskonała główna rola i zaskakująco wysoki budżet dały odpowiedni efekt. Narcos spokojnie można postawić na półeczce z napisem najlepsze seriale w historii. Mam nadzieję, że kolejny sezon nie zmusi mnie do odszczekania tych zachwytów.

narco_s1_008_h.0

Drugim nowym tytułem, który zrobił sporo zamieszania jest Mr. Robot. O tej serii też pogadaliśmy sobie z Dawidem. Oryginalna, ciesząca oko stylówka, duszący klimat i ciekawy, dobrze zagrany główny bohater to najważniejsze atuty tej serii. Niestety produkcję dopadł syndrom Detektywa – zbyt proste, by nie powiedzieć prostackie zakończenie pozostawia spory niesmak i może rzutować na odbiorze całej serii. Mogło być pięknie, wyszło „tak se” ale nadal uważam, że warto obejrzeć.

Bardzo ciekawie zapowiadającą się dłuższą serią jest także netflixowe Bloodline. To historia rodu, który skrywa wiele mrocznych tajemnic i niekoniecznie za wszystkim stoi wracająca po latach czarna owca – jeden z braci. Mimo, że oryginalności w formie tutaj za grosz (całość opiera się na dramatycznym wydarzeniu i retrospekcjach przybliżających widza do odpowiedzi), a aktorstwo nie powala, to jednak taka bezpardonowa wiwisekcja rodziny jak z obrazka może nieść ze sobą sporo ciekawej fabuły. Pierwszy sezon jest obiecujący, ale nie wyjaśnia absolutnie niczego zarówno w kwestii tajemnic rodu, jak i jakości historii, więc czekam na następne.

buHNpPBOx2w.market_maxres

Zaskakująco dobrze oglądało mi się też UnReal. To nosząca znamiona opery mydlanej seria pokazująca pracę nad reality show od kuchni. W tym wypadku oglądamy plan programu w stylu Kawaler do wzięcia. Spodziewacie się łzawych klimatów, taniego romansidła i powalającej głupoty? Tak, ja też tak myślałem. Tymczasem otrzymujemy niepokojący obraz tego, co dzieje się za kamerami podobnych tworów– kompletne znieczulenie, wykorzystywanie największych tragedii do grania na emocjach widzów i dosłowne dążenie po trupach do celu. Wszystko przedstawione bardzo sugestywnie, z perspektywy głównej bohaterki – członkini ekipy, która zdaje się widzieć okrucieństwo i bezpardonowość swojej pracodawczyni, ale jednocześnie jest najlepszą mącicielką (bo na tym widocznie polega jej rola w zespole) na planie.

Drugim swego rodzaju meta-gatunkiem, który wyróżniam dla własnych potrzeb są „seriale do jedzenia” czyli 20-30 minutowe komedie, które w sam raz nadają się właśnie do obejrzenia podczas posiłku. Lekkie, łatwe i przyjemne – takie właśnie powinny być. Niestety 2015 zawiódł mnie pod tym względem na całej linii. Kontynuacje znanych serii, o których będziecie mogli przeczytać w następnym tekście nie zachwyciły, a nowości wartych cokolwiek praktycznie nie uświadczyłem.

unbreakable-kimmy-schmidt1

Robiłem podejście do chwalonej Unbreakable Kimmy Schmidt, ale poza ciekawym pomysłem – bohaterka zostaje uwolniona ze szponów sekty, żyjącej w schronie atomowym, wierzącej, że „na górze” nie ma już nic wartego uwagi - nie dostałem w nim nic poza pretensjonalnością i bohaterami budzącymi agresję. Świat w opałach traktujący o ambasadzie amerykańskiej w kraju arabskim na skraju wojny domowej, z Jackiem Blackiem i Timem Robbinsem zapowiadał się na ostrą satyrę współczesnej polityki USA, ale znudził mnie gdzieś w połowie drugiego odcinka, co najgorsze nie będąc ani trochę kontrowersyjnym. Podobnie było z Muppetami, których twórcy po prostu wycierają sobie twarz klasykiem. Tutaj wytrzymałem pół odcinka.

Na szczęście trafiłem na Life in Pieces. Na pierwszy rzut oka nic w tej serii nadzwyczajnego. Ot rodzinna saga, jakich było już multum. Tylko, że ta seria nie jest w żaden sposób przesłodzona, ma chyba samych przesympatycznych bohaterów i jest autentycznie, bezpretensjonalnie zabawna. Całość jest nieco zwariowana, momentami bardzo sarkastyczna, a przy tym pełna ciepła. Dzięki CBS, uratowaliście ten rok dla telewizyjnych komedii.

dragon-ball-super-wallpaper-22

Jeszcze może króciutko o anime, bo w tym roku nie sprawdzałem zbyt wielu nowości. Po pierwsze miliony fanów na świecie czekło z drżącym sercem na powrót serii Dragon Ball. Nie ukrywam, że ja również, stary koń pamiętający czasy RTL7, ochoczo wyglądałem co też pan Toriyama przygotuje dla nie tyle fanów, co wręcz wyznawców swojego opus magnum. Niestety zawiedli się chyba wszyscy, bo nowy Dragon Ball Super jest po prostu paskudny. Kreska nie tylko nie przystaje do dzisiejszych standardów, ale jest o wiele brzydsza od oryginalnej. Jeśli do tego dołożymy słaby dubbing i początek historii, który jest rozwleczeniem ostatniego filmu kinowego, to można się na Japończyków obrazić. Ja się obraziłem. Nie o takiego Goku walczyłem, kamehama im w plecy.

Drugie tegoroczne anime przypadło mi do gustu o wiele bardziej. Myślę tu o Shokugeki no Soma. Nie jest to żadne przełomowe dzieło, ot klasyczna komedyjka ze wszystkimi zaletami (szalone gagi, przezabawne postaci i specyficzny klimat) i wadami (jak to w chińskich bajkach panie - drą ryje nad wyraz, trochę niewinnej golizny i mnóstwo gadania w kółko otym samy). Całość opowiada o szkole kucharskiej, więc pełno tutaj scen przygotowywania jedzenie i tym sposobem dochodzimy do najjaśniejszego punktu tej serii. Przygotowywanie, jak i same potrawy są animowane tak pięknie, że oglądając te kreskówkowe smakołyki autentycznie możemy poczuć się głodni! Poza tym bohaterowie co rusz przygotowują nietypowe dania, opowiadając o kulinarnych sekretach. Ze względu na to polecam serię pasjonatom gotowania - będziecie w siódmym niebie.

Koniec części 1

Ciąg dalszy nastąpi!


PARTNERZY

Współpracowaliśmy już z wieloma markami.

300px-Upc_logo
TNT_logo_nowe655
Ale_kino+
Jameson_Irish_Whiskey_logo
t-mobile logo
empik
kinopodbaranami
ars
imax
wb
footer-logo
Cinema City
multikino
fortuna
lg logo

KONTAKT

Bardzo chętnie nawiążemy współpracę i odpowiemy na pytania.

Kod: