Mozart in the Jungle (2014-) / Amazon

3

Na początek wyznanie. O Mozart in the Jungle dowiedziałem się przy okazji Złotych Globów. Przyznam, że to cios dla mej dumy, bo na serialach się znam, zmarnowałem na nie sporo mojego niezbyt cennego czasu i to, że umknął mi ten tytuł, uważam za osobistą porażkę. Nooo dobra, może nie aż tak dramatycznie, tym niemniej nie mam pojęcia jak to się stało, że seria od Amazonu mnie ominęła. Zwłaszcza, że to tytuł, który zasługuje na uwagę.

W wielkim skrócie – Mozart in the Jungle to historia nowojorskiej orkiestry symfonicznej, nad którą rządy obejmuje młody, szalenie utalentowany, ale też bardzo niekonwencjonalny dyrygent. Prowadzi to do szeregu słodko-gorzkich wydarzeń, które mają wpływ na wiele osób z jego nowego, jak i wcześniejszego otoczenia.

Pierwszym, co rzuca się w oczy jest całkowite odbrązowienie wizerunku osób zajmujących się muzyką klasyczną. Mi, jako kompletnemu laikowi, nadal kojarzyła się ona z nobliwym, starszym towarzystwem, sztywnymi normami i co tu dużo pisać – nudną otoczką dla skądinąd genialnych, choć mało przystających do dzisiejszego świata kompozycji. W rzeczonej serii natomiast żywot muzyków pracujących w filharmonii bardziej przypomina rock’n’rollową jazdę, w której nie brak narkotyków, alkoholu i przygodnego seksu. Muszę przyznać, że wypada to zaskakująco naturalnie, a przede wszystkim bardzo wciągająco.

Mozart in the Jungle (2014-) / Amazon

Mozart in the Jungle (2014-) / Amazon

Największym i dość oczywistym atutem jest oprawa muzyczna. Podejrzewam, że jako osoba, która docenia kunszt, ale kompletnie nie zna się na muzyce poważnej, jestem idealnym odbiorcą. Uważam, że ścieżka dźwiękowa dostarczona przez twórców Mozart in the Jungle jest o kilka klas wyżej niż wszystko, co słyszałem przy okazji projekcji na małym ekranie w zeszłym roku, chociaż oczywiście nie jest to podparte jakąkolwiek wiedzą na temat tego, co usłyszałem. Zapewne jest tak, że do serii została dobrana możliwie najprostsza i najbardziej przebojowa muzyka klasyczna, ale efekt został osiągnięty. Całość jest spójna, urokliwa i przepełniona dość nietypowym, nieco magicznym klimatem.

Kolejny punkt należy się za aktorstwo. Ok, może i jest tutaj wiele szarży, ale są to szarże zamierzone i świadome własnej nadinterpretacji. Dodają jeszcze więcej humoru, podkreślając specyfikę umowności wielu momentów. Troszkę boli, że dwie dość ważne dla fabuły role kobiece – młodej oboistki i pomagającej jej w trudnych początkach wiolonczelistki – mimo niekwestionowanego uroku obu pań, są dość bezpłciowe. Mocno to widać szczególnie w zestawieniu z popisami Bernala i McDowella. Ten pierwszy, grający główną rolę, pokazał mi swój ogromny talent komediowy tworząc świetną postać, co nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać. Rodrigo, którego odgrywa Meksykanin, wydaje się aż nadto perfekcyjny (co jest dość typowym zabiegiem serialowym - tworzenie "zwykłych superbohaterów") – genialny muzyk, gentelman w pełnym tego słowa znaczeniu, człowiek z sercem na dłoni, którego błędy wynikają tylko z wrodzonej dobroci i pasji. Ideały są nużące, ale werwa z jaką gra Bernal sprawia, że nie sposób nie kochać postrzelonego oryginału, nawet kiedy balansuje na granicy przesłodzenia. Malcom McDowell ponownie gra rolę, która ostatnio zdarza mu się niepokojąco często, ale nie sposób odmówić mu perfekcjonizmu. Jest pełen pasji, autentycznej goryczy i przede wszystkim twórczego szaleństwa, w którym nie ustępuje młodszemu koledze. Jest jeszcze Bernadette Peters w ciekawej i co ważne rozwojowej roli kierowniczki filharmonii (chociaż ją ukochałem przede wszystkim za pewien zaskakujący popis muzyczny) i szereg pomniejszych ról, które tchnęły dużo życia w tło głównych wydarzeń, niejednokrotnie kradnąc dla siebie ważne sceny.

Mozart in the Jungle (2014-) / Amazon

Mozart in the Jungle (2014-) / Amazon

Mozart in the Jungle jest jednak przede wszystkim bardzo ciekawy realizacyjnie. Reżyseria zmienia się co odcinek i mam wrażenie, że kierownictwo pozwalało kolejnym twórcom „popłynąć” nie każąc im wpasować się w klimat, a raczej dać upust fantazji. Przez to wiele scen mogłoby się wydawać niepotrzebnych, gdyby nie to, że są malutkim perełkami. Klimat potrafi zmieniać się diametralnie, podobnie jak sposób montażu, oświetlenie, czy rytm całości. Zabawa technicznymi aspektami trwa w najlepsze, przez co seria formalnie przypomina mi Firefly, gdzie te elementy zostały potraktowane równie luźno. Co ciekawe w żaden sposób nie burzy to spójności. Oczywiście jeśli widz wykaże się otwartym umysłem. Dla mnie śledzenie tych momentami ekwilibrystycznych popisów realizatorskich było świetną zabawą.

Nie mam złudzeń, że Mozart in the Jungle to przede wszystkim świetny produkt marketingowy, a kluczowe elementy są skrojone w taki sposób, by generować jak najwyższe zyski i maksymalizować zainteresowanie serią. Nikt nie oczekuje przecież artyzmu po produkcji telewizyjnej, która w oczach szefostwa stacji ma przede wszystkim dobrze sprzedawać swoje przerwy reklamowe. Cieszy mnie jednak, że ludzie, którzy zabrali się za realizowanie tego projektu są na tyle utalentowani i otwarci, by całość charakteryzowała się przyjemną lekkością i nieustannymi mrugnięciami skierowanymi do uważnego widza. Bo tak złożone produkty marketingowe dają mi proszę Państwa ogrom autentycznej frajdy.


  • Łukasz Świniarski

    Zamówiono już 3 sezon 😀 Ja może dam szansę, ale doba się nie rozciągnie a jeszcze tyle innych seriali oglądam 😀 Ja o recenzowanym serialu przeczytałem po raz pierwszy na blogu Zwierza Popkulturalnego.

    • Właśnie się zastanawiałem co z tym trzeci sezonem 😀 Dzięki za cynk.

      • Łukasz Świniarski

        Ja jeszcze nie widziałem się boję zaczynać, dlaczego? Odpadłem w połowie Galavanta,miusicale czy też filmy, seriale muzyczne, to nie jest do końca moja bajka. Bardziej odpowiadają mi poważne tony, czyli produkcje brytyjskie. Broadchurch, Vera, Humans, Utopia (boże jak ja polecam ten serial, genialna psychodeliczna ścieżka dźwiękowa i te odrealnione zdjęcia, ujęcia, przepuszczone przez kilka filtrów, szkoda, że go skasowali po 2 sezonach), The Fall z Gilian Anderson, Happy Valley, River. Lubię oglądać i zarazem czuć, że dany temat boli, że bohater 50 razy przegrywa by potem odnieść małe zwycięstwo, ale przecież tak jest w życiu. Produkcjom brytyjskim właśnie najbliżej do ukazania, tego prawdziwego życia moim zdaniem. Czasem coś musi boleć, żeby, to zrozumieć, zaakceptować.

PARTNERZY

Współpracowaliśmy już z wieloma markami.

300px-Upc_logo
TNT_logo_nowe655
Ale_kino+
Jameson_Irish_Whiskey_logo
t-mobile logo
empik
kinopodbaranami
ars
imax
wb
footer-logo
Cinema City
multikino
fortuna
lg logo

KONTAKT

Bardzo chętnie nawiążemy współpracę i odpowiemy na pytania.

Kod: